Gdy kończy się nauka, a zaczyna się sztuka
Wacław Wrana: Panie Profesorze, z jakimi wyzwaniami mierzą się młodzi artyści na początku swojej drogi?
Franciszek Nieć: Największym problemem po ukończeniu studiów artystycznych jest samotność. Nagle zostaje się samemu – ze swoimi umiejętnościami, marzeniami, ale i z rzeczywistością. Wiele zależy od tego, jak się do tego podejdzie. Jeśli ktoś czeka, aż zostanie odkryty, może się to nigdy nie wydarzyć. Trzeba się pokazać – to podstawa.
Kolejnym wyzwaniem jest zaplecze warsztatowe. Najtrudniej mają rzeźbiarze, ale także graficy – sam pamiętam, jak po studiach nie miałem dostępu do prasy graficznej. Akademia przez jakiś czas pozwala korzystać z pracowni, ale to nie jest rozwiązanie na lata. Jeśli artysta się nie zorganizuje, łatwo w tym momencie utknąć.
Panie Profesorze, jak ważna jest edukacja artystyczna? Czy można osiągnąć dojrzałość twórczą bez szkoły plastycznej?
Oczywiście, ale trzeba wyraźnie zaznaczyć, że studia artystyczne czy szkoła plastyczna raczej sprzyjają rozwojowi talentów niż im szkodzą.
W historii mamy wielu wybitnych artystów, którzy nie kończyli akademii – choćby Van Gogh czy Nikifor. Szkoła ma swoje plusy i minusy. Daje solidny warsztat, uczy dyscypliny, ale nie gwarantuje sukcesu. Znam ludzi bez wykształcenia artystycznego, którzy spędzają więcej czasu w pracowni niż moi koledzy po ASP. Dziś, dzięki internetowi, artysta może zaistnieć bez dyplomu. Dla marszanda nie ma znaczenia, czy ktoś skończył akademię, tylko czy tworzy coś ciekawego i oryginalnego.
Ale… i tu wracam do pierwszego zdania mojej wypowiedzi, gdyby zadał mi Pan pytanie: czy warto iść na studia artystyczne, odpowiedziałbym; tak! Takie uczelnie jak ASP, generalnie dają solidną podbudowę pod rozwój talentu i poszerzają horyzonty estetyczne studentów.
Internet, autentyczność i własny język
Czy w epoce internetu młodym artystom jest łatwiej, czy trudniej zaistnieć?
Z jednej strony łatwiej – każdy może się pokazać. Z drugiej – trudniej, bo rynek jest ogromny. Kiedyś szansę mieli tylko ci, których ktoś odkrył na ASP albo w galerii. Dziś miliony ludzi na całym świecie tworzą “coś”. W tym zalewie treści trudno się przebić i łatwo wpaść w pułapkę powtarzalności.
Jak w takich czasach zachować autentyczność?
Nie ma jednej recepty. Sam sprawdzam w sieci, czy ktoś nie tworzy podobnych rzeczy jak ja – nie po to, by kopiować, ale by świadomie budować własny język. Kiedy moje grafiki pojawiają się w katalogach wystaw, ludzie często od razu rozpoznają styl – i to jest największa satysfakcja.
Trzeba unikać ślepego naśladownictwa. Jeśli ktoś tworzy mroczne wizje, a jego prace wyglądają jak u Beksińskiego, warto zadać sobie pytanie: po co? Zachęcam gorąco wszystkich młodych artystów, by nieograniczone zasoby internetu wykorzystywali do poszukiwania inspiracji, a nie powielania czyjegoś stylu.
Szukanie prawdy, talentu i świadomość odbiorców
Jest Pan doświadczonym pedagogiem i kuratorem. Jak Pan rozpoznaje, że artysta ma własny język?
FN: Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że takie oceny i sądy mają bardzo subiektywne zabarwienie. Ja osobiście uważam, że na etapie szkolnym najważniejszy jest warsztat i wrażliwość. Recenzując prace bardzo młodych ludzi patrzę, czy prace są przemyślane, czy ktoś rozumie proporcje, kolor, relacje barw. Widać, gdy ktoś ma rzemiosło i intuicję.
Zdarzają się młodzi, którzy na siłę szukają „inności”, ale nie mają warsztatu – wtedy to po prostu widać. Z kolei ci, którzy mają solidne podstawy i szczerą motywację, nie muszą niczego udowadniać. Ich prace bronią się same.
Jakie błędy popełniają młodzi artyści przy pierwszych wystawach?
Odpowiem przekornie: większym błędem niż potknięcie na debiutanckiej wystawie jest brak działania. Chcąc się rozwijać, młody artysta musi otworzyć się na otoczenie i feedback ze strony odbiorców. Zachęcam więc, by wystawiać się jak najczęściej – zarówno lokalnie, jak i online. Takie inicjatywy jak Flarum Gallery znakomicie temu służą.
Coraz więcej galerii organizuje wystawy cyfrowe, na podstawie wysokiej jakości zdjęć. To znak czasów. Ja sam wolę kontakt z oryginałem, ale nie da się tego trendu zatrzymać. Dziś twórca z Polski może być oglądany w Nowym Jorku – to wielka szansa.
Poza tym, proszę zwrócić uwagę, że czasy bardzo mocno się zmieniły i dziś artyści budują swoją markę i kontaktują się z otoczeniem nie tylko na wystawach, ale i kanały elektroniczne, w tym media społecznościowe.
Życie pokazuje, że pewnego rodzaju odwaga artystyczna jest równie ważna jak wrażliwość i warsztat.
Polskie szkoły boją się sztuki współczesnej
Panie Profesorze, jak ocenia Pan świadomość artystyczną Polaków jako odbiorców sztuki?
Zawsze była grupa ludzi wrażliwych na sztukę – i tak pozostanie. Ale masowość i kultura „łatwej rozrywki” sprawiają, że większość wybiera to, co proste. Tak jak w muzyce – wielu uważa disco polo za wybitne. W sztuce podobnie – obrazki z Ikei są dla niektórych szczytem artyzmu.
Duży wpływ na gusta i świadomość artystyczną Polaków ma też edukacja. Niestety, ale z nauczaniem plastyki jest trochę jak z językiem polskim i historią – zwykle brakuje czasu na dokładnie przerobienie czasów współczesnych i szkoły niejednokrotnie zatrzymują się na romantyzmie. Uczniowie poznają Matejkę, ale nie wiedzą nic o sztuce współczesnej. Wielu nauczycieli zwyczajnie się jej boi. Brakuje kompetencji, odwagi i ciekawości. A szkoda, bo dzięki możliwościom jakie daje internet, lekcje o sztuce współczesnej mogłyby być bardzo ciekawe.
Na zakończenie, co radzi Pan młodym artystom: czy warto cierpliwie dojrzewać, czy raczej odważnie debiutować?
To bardzo indywidualna kwestia, wiec obie drogi są dobre. Konsekwentnie będę jednak zachęcał młodych ludzi do odważnych decyzji, Trzeba się pokazywać, ryzykować, wykorzystywać możliwości, jakie daje internet. Dziś młodzi artyści mają szanse, o których moje pokolenie mogło tylko marzyć. Ale odwaga powinna iść w parze z pokorą i świadomością.
Dziękuję za rozmowę.
Profesor Franciszek Nieć jest artystą, pedagogiem i kuratorem galerii Flarum Gallery – czytaj więcej >>

